czwartek, 25 lutego 2016

Za co nie lubię mojego ulubionego reżysera?



Tak, dobrze przeczytałeś. Nie lubię go, a konkretnie jego filmów. Zaraz, przecież napisała, że to jej ulubiony reżyser. Jak można nie lubić kogoś, kogo się … lubi? O co chodzi?
Chodzi o Woody’ego Allena. Zapewne kojarzysz tego pana, a przynajmniej ja mam taką nadzieję – wiara w ludzkość jeszcze nie umarła. A nawet jeśli to nazwisko nic Ci
nie mówi, nie martw się. Moja subiektywna, ale konstruktywna krytyka powinna wyczerpująco zachęcić Cię do obejrzenia jego filmów.
Przyczyną tego nielubienia ulubieńców jest moja najgorsza cecha. Cecha dla wielu trudna do zrozumienia. Nie przedłużając – nienawiść. Konkretnie, nienawiść dla kultury XXI wieku. Z przyjemnością napisałabym tutaj obszerny esej, wytykając współczesnej kulturze brak jakiejkolwiek kultury, jednak nie to jest tematem posta. 
źródło - wikipedia
Woody Allen w swoich filmach pokazuje zwykłe życie zwykłych ludzi … wróć. Niezwykłe życie niezwykłych ludzi … też nie. Bohaterami jego filmów są zwykle ludzie o bogatym słownictwie, niebanalnym poczuciu humoru, niebanalnej pracy dzięki której nie muszą pracować wcale, a większość sytuacji umieją opisać przynajmniej pięcioma cytatami. Jeśli pojawia się ktoś niewykształcony, zwykle jako nieszkodliwy błazen. Na każdym rogu czekają tabuny pięknych doktorów literaturoznawstwa, medycyny, religioznawstwa, i każdej dziedziny, jaką można wymyślić, pragnący poznać głównego bohatera. Dyskusji o tym, co zjeść na kolację, towarzyszą dyskusje o Dostojewskim. Słońce świeci zawsze, no może poza nocą. I jak tu nie lubić tego kolorowego świata?
Moje nielubienie polega na tym, że lubię ten świat za bardzo. Śmieję się z gier słów, żartów sytuacyjnych, chłonę jak gąbka sentencje Alberta Camusa, piękne i inteligentne kobiety i pięknych i inteligentnych mężczyzn. Po skończonym seansie z laptopem zamiast ekranu kinowego i kanapkami z serem zamiast popcornu, wracam do szarej, nudnej rzeczywistości. Mama stuka się w głowę, gdy w rozmowę o tym, co będzie na obiad, wplatam Aloszę Karamazowa. Owszem, czytała, bardzo jej się podobało, ale jak to się ma do zupy pomidorowej, której przez moje wegetariańskie fanaberie nie ugotuje na rosole z wczoraj? Że ludzie w moim wieku słyszeli o Aloszy nawet się nie łudzę. Może za rogiem albo na przystanku czeka na mnie ktoś z Braćmi Karamazow pod pachą, chętny na rozmowę o Dostojewskim z przypadkową studentką? Płonna nadzieja. Sprawdzę jeszcze w księgarni … pani w księgarni o Dostojewskim nie słyszała co prawda, ale może chce pani Nicholasa Sparksa, dziewczyny kupują, skasować pani? W tym momencie przeklinam mojego ukochanego Woody’ego Allena. Jak on może pokazywać mi taki piękny świat, który nie istnieje poza jego i moją głową? Jak on może wmawiać mi, że ktokolwiek słyszał o Aloszce i jego braciach?
Jeśli ktoś z Was miałby okazję, proszę, niech zapyta Woody’ego jak może mi to robić. Będę wdzięczna za każdą informację. 

4 komentarze:

  1. Cóż, niezbyt to w temacie, ale pomidorowa na rosole z wczoraj.. :D Czytając dalej twoją notkę nie potrafiłam przestać podśpiewywać tego pod nosem :c A co do reszty.. Myśl, że nie możemy żyć w fikcyjnym uniwersum będącym dla nas istną perfekcją zawsze frustruje. A Woody żyje i ma się chyba dobrze, więc masz szansę zadać mu swoje pytania. :) Weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby Woody zechciał ze mną rozmawiać

      Usuń
  2. ~ze skrytki Anona~

    Myślę, że Woody sam może mieć problem ze współczesnym światem, dlatego tworząc filmy idealizuje to, co chciałby by było rzeczywiste

    ~mondra sentencja od Anona~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale dzięki temu jest - przynajmniej dla mnie - wyjątkowy

      Usuń

Nigdy nie zostawiłam odnośnika do swojego bloga pod cudzym postem, i od moich czytelników wymagam tego samego. Słupa ogłoszeniowego tutaj nie będzie, a komentarze z linkami usuwam.