sobota, 12 marca 2016

Soja - fakty, mity, legendy

Niektórzy ją kochają, inni nienawidzą. Ma tylu zwolenników, co przeciwników. Lek na całe zło świata czy winna całego zła na świecie? Przed państwem soja!

Tematu soi nie da się wyczerpać – gdybym miała w tym tekście zawrzeć wszystkie opracowania naukowe, wyniki badań i opinie ekspertów, jakie znalazłam, nie wystarczyłoby mi bloga. Wzięłam pod uwagę jedynie kilka wiarygodnych (moim zdaniem) tekstów z różnych lat, pisanych przez niepowiązane ze sobą osoby lub instytucje. Post ten nie jest ani biblią, ani rozstrzygnięciem ogólnoświatowej kłótni o soję – są to tylko zebrane przeze mnie informacje, które nie muszą zgadzać się z posiadanymi przez Was. Jeśli uważasz poniższy tekst za wegetariański stek bzdur – uzasadnij to w komentarzu, chętnie się czegoś dowiem :)
Soja jest używana na Dalekim Wschodzie od
setek lat. Miso, tofu, tempeh, natto to ich „chleb powszedni”. I to nie tych najbogatszych. Produktami sojowymi żywiły się głównie klasa średnia i niższe (wybaczcie uogólnienia) – bo taniej. Ale jak to taniej, jak karton mleka sojowego kosztuje 7-10 zl? To dużo pieniędzy!
Obecnie soja jest przedstawiana jako ziarenka cud, z których można zrobić wszystko, które zapobiegają wszelkim niedoborom, a nasze życie czynią szczęśliwym dopóki znajdują się na talerzu. Reklama jest dźwignią handlu, i to całkiem drogą dźwignią. Ponadto popyt na produkty sojowe nie jest tak duży jak np. na mleko krowie, jego przetwory, mięso. Popyt to jeden z głównych czynników wpływających na cenę. A kiedy ktoś może sobie pozwolić na karton „mleka” za 7-10 zł, jak się czuje? Przecież stać go na luksusowy towar –podszeptuje wredna podświadomość razem z producentem.
Spostrzegawczy zauważyli, że wśród „chlebów powszednich” na Dalekim Wschodzie, nie znalazło się mleko, kotlety sojowe itd. Dlaczego? Mądrzy Chińczycy spożywali soję jedynie fermentowaną. Nie znali trudnych nazw jak inhibitory enzymów, a mimo to wiedzieli, że tych cudownych ziarenek nie je się bez sfermentowania. Po naukowemu – inhibitory to związki chemiczne spowalniające bądź zatrzymujące reakcje. Po naszemu – soja zawiera dużo inhibitorów enzymów. Trafia do żołądka. A co w żołądku rozkłada – czyli trawi – jedzenie? Enzymy. Skoro inhibitory spowalniają lub zatrzymują działanie enzymów, zaburzają trawienie. Mądry Chińczyk bez tego wiedział, że po soi może boleć brzuch. Naukowcy po faszerowaniu inhibitorami całych pokoleń szczurów dodali do skutków ubocznych raka trzustki. Dobra wiadomość – fermentacja unieszkodliwia część inhibitorów.
Zła wiadomość – to nie koniec wad soi. Zawarty w niej kwas fitynowy zmniejsza wchłanianie cynku, żelaza i magnezu z przewodu pokarmowego. Spożywany w nadmiarze – jest obecny także w innych warzywach strączkowych oraz otrębach zbóż – może powodować niedobory tych pierwiastków. A co z rzekomą bezpłodnością wywoływaną przez soję? Zdania na ten temat są podzielone, a wyniki badań niejednoznaczne. Jedyną potwierdzoną informacją jest, że izoflawony sojowe w organizmie ludzkim zachowują się podobnie do estrogenu – jak wszystkie izoflawony zresztą (odsyłam do łapiącej za serce wikipedii wszystkich niedowiarków). Natomiast badania nad ich wpływem na płodność dają tak rozbieżne, a często sprzeczne wyniki, że nie jestem w stanie rozstrzygnąć, kto ma rację. Nie powoduje bezpłodności, powoduje tylko u kobiet, tylko u mężczyzn, mam na to papierek lepszy niż papierek kolegi z instytutu naprzeciwko! Po przestudiowaniu miliarda publikacji w trzech językach byłam bliska histerii, natomiast daleka od rozwiązania.
Zostaje jeszcze kwestia GMO – większość upraw soi na świecie to właśnie owiane złą sławą GMO. Bo tak jest taniej, szybciej, weselej. No i takie ziarenka są odporne na pestycydy, którymi namiętnie je pryskamy. No żyć nie umierać! A że wszczepiliśmy tam geny bakterii glebowych, kto by się tam przejmował! Jedzcie ludzie, jedzcie! Kukurydzę i pszenicę też Wam w laboratorium poprawiliśmy kochani, to wszystko jest bezpieczne, spokojnie!
Ciemną stroną soi już Was postraszyłam. Oczywiście nie ma ona samych wad – ale czy przemysł spożywczy uczciwie nas o tych wadach informuje? Soja to żyła złota XXI wieku, wpychana dosłownie wszędzie – lecytyny sojowe do czekolad, proteiny sojowe do szynki… ciężko jej unikać, prawda? Tutaj, tak samo jak w wielu innych przypadkach, zaleca się zwyczajny umiar – nie można całe życie jeść tylko jednego produktu. Jeśli decydujemy się na soję, wybierajmy postać sfermentowaną – jest bezpieczniejsza dla zdrowia.

16 komentarzy:

  1. Nie wiedziałam, że soja wywołuje tyle emocji ;p do tej pory trafiałam na artykuły o nasionach goji, jakichś cud konfiturach orientalnych itd. No cóż, jak widać temat jest jeszcze przeze mnie niezglebiony ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasiona to chyba chia, a goji to jagody :) mnie samą te wynalazki dietetyczne zadziwiaja, tak samo jak wmawianie ludziom ze to "powszechnie uzywany produkt" "zapomniany" "podstawa jakiejs tam diety" i cena 50 zl za paczuszke :)

      Usuń
    2. Tak jagody goji a nasiona chia ;p
      Jeśli by coś faktycznie miało zadziałać, to bylabym skłonna zapłacić te 5 dych. Póki co preferuje siemie lniane za 5 zeta ;D

      Usuń
  2. Chyba nie jadam soi, a przynajmniej nie świadomie. Czuję się poruszona, szczególnie tym ostatnim akapitem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatni akapit miał pokazać, że soja jest raczej "wypełniaczem wszystkiego" niż samodzielnym produktem. Na szczęście mamy wybór, a producenci JESZCZE pozwalają nam czytać składy :)

      Usuń
  3. Soja ma wpływ także na inne hormony. Sama unikam jej z uwagi na chorobę tarczycy, a poza tym właśnie GMO... A poza tym nie smakuje mi. ;-)
    Odżywiam się zdrowo, więc wiele osób myśli, że jadam właśnie soję i tofu, bo to takie "znane, że zdrowe", a ja własnie tego nie jadam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszą być w szoku :) ale nie warto ryzykować zdrowia dla mody i poparcia (bądz nie) innych wege. Rozsądne podejście :)

      Usuń
  4. Jestem w szoku! Szczerze powiedziawszy, nie jestem wielką zwolenniczką soi, ale czasami mam w zwyczaju jadać kotleciki sojowe. O wielu rzeczach, które napisałaś, nie miałam pojęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam kotlety z kaszy, o niebo lepsze niż sojowe :)

      Usuń
  5. Jeszcze w liceum zraziłam się do soi, nierozważnie sięgając po gotowe kotleciki sojowe, dostępne w jednym z hipermarketów. Na długo nie chciałam mieć nic z soją wspólnego, aż w pracy, przez krótki czas, miałam stażystkę, która była weganką. To ona przyniosła nam własnoręcznie robione kotlety i choć na moim stole nie zagościły, to zjadłam je z przyjemnością. Ale kotlety z kaszy muszę wypróbować w domu:-) W jaki sposób je robisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasza jaglana ugotowana, jajko i warzywa - moga byc z mrozonki, dobra jest tez sama cukinia starta na tarce :) troche maki, panierka z bulki tartej i na patelnie :) ale najwiecej przepisow na bezmiesne kotlety widzialam na jadlonomii, zajrzyj tam dla inspiracji, moze znajdziesz lepszy przepis niz moja amatorszczyzna :)

      Usuń
  6. Dowiedziałam się wiele z tego posta :) A na podsumowanie powiem, że zgadzam się, że soja jest bardzo popularna jako dodatek do żywności. Po tym jak napisałaś, że jest wszechobecna, od razu pomyślałam o mega masowej produkcji pszenicy. Pozdrawiam :)
    P.S. Daj znać jak krem Himalaya się u Ciebie spisze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pszenica dobrze Ci się skojarzyła, to też GMO :)

      Usuń
  7. Ja kiedyś spróbowałam mleko sojowe i strasznie mnie uczuliło :( Od tamtej pory boję się eksperymentować z soją :D

    OdpowiedzUsuń

Nigdy nie zostawiłam odnośnika do swojego bloga pod cudzym postem, i od moich czytelników wymagam tego samego. Słupa ogłoszeniowego tutaj nie będzie, a komentarze z linkami usuwam.