czwartek, 14 kwietnia 2016

Czy wegetarianizm szkodzi?



Czy 75-letnia katoliczka, chodząca regularnie na niedzielne msze, jest denerwująca i zniechęca do religii? Nie. A stanie się taka, gdy dorwie fotoreportera i wykrzyczy do kamery „antychryści i Biedroń do piekła”?
Czy zapalony biegacz, przygotowujący się do maratonu, jest denerwujący i zniechęca do uprawiania sportu? Nie. A stanie się taki, kiedy zacznie spamować endomondo i grozić znajomym śmiercią z niebiegania?
Czy homoseksualista rozumiejący to, że nie każdego obchodzi jego życie prywatne, i że jeśli nie dostanie podwyżki, to wina jego wyników a nie homofobii szefa, jest denerwujący i zniechęca do siebie? Nie. A stanie się taki, gdy pozwie szefa za dyskryminację, mobbing i prześladowanie, chociaż jego koledzy z pracy dają z siebie dużo więcej wysiłku i bardziej na podwyżkę zasłużyli?
A wegetarianin kochający zwierzęta, jedzący to, co lubi i częstujący swoimi „dziełami” zaciekawionych przyjaciół, jest denerwujący i zniechęca ludzi do wegetarianizmu? Nie. A stanie się taki, gdy zacznie po wspomnianych przyjaciołach krzyczeć, że jedzą trupy, i docinać „Oby Ci ten schab w biodra poszedł”? W takiej właśnie sytuacji wegetarianizm staje się szkodliwy. Tak, jestem wegetarianką, która zamiast wspierać każdą formę „promocji” tego stylu życia, ma pretensje do ludzi, z którymi stoi po jednej stronie barykady. Jestem wegetarianką, która nie lubi wysłuchiwać morałów o wspaniałości mięsa, i szanuje tych, którzy nie chcą wysłuchiwać wegemorałów. Jestem wegetarianką, która nie strzela laserami z oczu na widok człowieka jedzącego kanapkę z szynką. Takich osób, które nie wtrącają się w cudze nawyki dietetyczne, są tysiące.
Ale na każdy tysiąc osób niejedzących mięsa, zawsze znajdzie się kilka, którym troska o własny talerz nie wystarcza. Troska o cudze talerze przesłania im wszystko, staje się ich głównym celem w życiu. I zwykle tych kilka osób wychodzi przed szereg, krzycząc najgłośniej z całego tłumu, pojawia się wszędzie, gdzie się da, często w kilku miejscach na raz, zawsze z pianą toczącą się z pyska. I oni właśnie tworzą negatywną opinię temu tysiącowi pozostałych, którzy wyznają zasadę „żyj i daj żyć innym”. Skoro domagamy się od rodziny, przyjaciół i reszty świata, by nie wpieprzała się do naszych talerzy, i nie komentowała naszych wyborów – dlaczego więc sami to robimy?
Pierwszy z naszych bohaterów powie, że przecież musimy ich nawracać! Co z tego, że jedna osoba zrezygnuje z mięsa? Powinno zrezygnować co najmniej dziesięć, żeby to miało sens, żeby popyt naprawdę spadł, żeby ktoś nas w końcu zauważył! No i nawracanie pięścią jest skuteczniejsze niż nawracanie po dobroci. Rewolucja, a nie ewolucja towarzysze i towarzyszki! Mięsożercami trzeba raz, a dobrze wstrząsnąć, zamiast się z nimi cackać. Ktoś, kogo obrazimy i zwyzywamy od najgorszych za tę biedną paróweczkę, na pewno zrozumie swój błąd i nigdy więcej po mięcho nie sięgnie. I wcale nie uzna wszystkich wegetarian za świrów, skądże.
Drugi z naszych bohaterów powie, że on to takie powołanie czuje. Że on to powinien ludzi przekonywać, żeby przestali krzywdzić naszych braci zwierzątka – i zrobi przy tym tak nawiedzoną minę, że nawet weganin ucieknie gdzie bezglutenowe pierożki rosną. Czujący misję wegenawracacz wie, że pięścią nic nie osiągnie. Że odwołanie się do czyjegoś sumienia, pokazanie mu, jaką krzywdę robi nie zwierzętom, a sobie samemu, to najprostsza droga do zweganizowania świata. Z przyklejonymi do twarzy łezkami i kotletem sojowym będzie wypatrywał co cierpliwszych ofiar, żeby zatruwać im życie swoim – nazywajmy rzeczy po imieniu – pierdoleniem. Będzie za delikwentem, którego upoluje, chodzić, będzie wypisywać na facebooku, zapraszać na wydarzenia, w skrajnych przypadkach wyskakiwać z lodówki o 6 rano krzycząc coś o mleku roślinnym.
Trzeci typ jest łatwiejszy do zdemaskowania, niż mu się wydaje. Zasłania się troską o zdrowie najbliższych, najdalszych i zupełnie obcych. Przecież w tym mięsku jest tyle niezdrowych tłuszczów tato, a Ty już 20 lat nie masz, no ja nie wiem czy powinieneś to jeść, mama mówiła wczoraj cioci, że Ci ciśnienie skacze. Tata z jednej strony wściekły, nie będą mu gówniarze wciskać jakiejś sałaty zamiast porządnego obiadu, a w ogóle to co ich to obchodzi? Z drugiej jednak strony zaczyna go dręczyć poczucie winy – faktycznie, może ona tylko się martwi o moje zdrowie, doktor Malinowski mówił, że mi skoczyło ciśnienie, a co jeśli …? Nie, nie chcę o tym myśleć nawet. A córcia już zaciera ręce w kuchni. Kochana, tę sukienkę miesiąc temu kupowałaś, już się skurczyła w praniu? Nie? A wiesz, że od jedzenia mięsa… Łatwe do zdemaskowania, prawda? 
 Wniosek z tych przykładów prosty: przesada w żadną stronę nie jest dobra. Przesada, która w niektórych przypadkach podchodzi wręcz pod fanatyzm. Czy to zachęca do porzucenia zjadania zwierząt, inspiruje, daje dobry przykład? Wręcz przeciwnie. Kreuje wizerunek świra, którego jedynym zajęciem jest zaglądanie ludziom w talerze. Łatka wariata i kilku potencjalnych wegetarian/wegan mniej. Ale liczą się chęci, a cel uświęca środki! – o durnych porzekadłach też Wam kiedyś napiszę ;)

15 komentarzy:

  1. Po protu, jak to zwykle bywa, każdy ma trochę swój wszechświat, swój kawałek podłogi, swoje przekonania. Tak samo ciało, które, być może, reaguje inaczej, o czym już mówiłam zresztą:) Rzecz w tym, by komuś z butami na tą podłogę nie włazić ale...chyba o to ciężko. Inaczej, mam wrażenie świat byłby o wiele ładniejszym miejscem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie wkurwiają wegetarianie domagający się wolności swoich talerzy, a sami nie respektujący wolności cudzych talerzy :)

      Usuń
    2. Czyli klasycznie...wkurwiają fanatycy XD

      Usuń
  2. znowu fantastycznie. prosto, lekko, zdroworozsądkowo. a ja zawsze powtarzam, że nic nie smakuje równie dobrze jak bułka z serem i szynką, popita smacznym mlekiem sojowym:)
    spokojnej nocy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze staram się zachować zdrowy rozsądek, dziękuję :)

      Usuń
  3. Ja Ci nie podam kotleta, Ty mi nie marudź jak go zjem - ot proste, nie? No ale człowieki są znane z tego, że lubią sobie życie pokomplikować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inaczej nie bylibysmy Polakami :)

      Usuń
    2. Co i tak nie zmienia faktu, że Ty na pewno po prostu chcesz być modna i powinnaś podjąć leczenie czy jakoś tak ;)

      Usuń
  4. Znam kilka osób, które są wegetarianami. Z jednym kolegą przez dłuższy czas pracowałam, więc miałam okazję spędzać z nim dużo czasu. Mi osobiście nie przeszkadzają inne poglądy/zachowanie/podejście do różnych spraw. O ile taka osoba na siłę nie próbuje nawrócić innych. I tyczy się to nie tylko diety, ale ogólnie wszystkiego :) Nie przepadam za podejściem typu: "tylko ja mam rację, moje poglądy są jedynie poprawne, ty nie masz racji".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja racja jest mojsza niż Twojsza w koncu!

      Usuń
  5. Świetnie napisane!Mam alergie na ludzi, którzy zawsze wiedzą najlepiej i wszystkich wkoło musza nawrócić.

    OdpowiedzUsuń
  6. W swoim otoczeniu mam kilka osób, które sa wegetarianami, a nawet weganami. Nigdy jednak nie usłyszałam umoralniających przemówień, które miały mnie zawrócić z "drogi zła". Przy jednym z pierwszych spotkań wytłumaczyli, dlaczego nie jedzą pewnych produktów, powiedzieli co jedzą i nigdy nie mieli z tym problemu, że np. wychodząc gdzieś na miasto zamawiamy różne rzeczy. Niekiedy nawet podrzucają mi fajne przepisy, ale tylko wtedy, kiedy poproszę o polecenie czegoś dobrego - nic na siłę. Szanujemy wzajemnie swoje preferencje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęłam unikać wegeświrów, gdy oni zaczęli umoralniać mnie - za to, że nie nawracam ludzi razem z nimi :)

      Usuń

Nigdy nie zostawiłam odnośnika do swojego bloga pod cudzym postem, i od moich czytelników wymagam tego samego. Słupa ogłoszeniowego tutaj nie będzie, a komentarze z linkami usuwam.