niedziela, 3 kwietnia 2016

Skąd biorą się kiepskie książki?



Zwykle w odpowiedzi na to pytanie padają dwa różne stwierdzenia: z braku talentu autorów, lub z kiepskiego gustu czytelników. Gdzie leży prawda? Arystoteles podpowiada, że pośrodku. Czy ma rację? Ma. Potencjalni nabywcy od książek zbyt wiele nie oczekują, więc autorzy piszą książki niższych lotów, bo tylko takie się sprzedają. Ludzie książki niższych lotów kupują i spadają ich wymagania. Koło się zamyka. Co było pierwsze: jajko czy kura?

Powiedzmy sobie szczerze: słaba literatura towarzyszyła ludzkości od zawsze. Myślicie, że zaczytująca się w tandetnych romansidłach madame Bovary była wyjątkiem od ówczesnej reguły? A skąd! Załóżmy zatem, że pierwsza pojawiła się książka, po którą nasza kochana Emma sięgnęła. Czyli typowa polska pisarka przeniosła się w czasie, i napisała typową powieść polskiej pisarki: ona, w przełomowym momencie swojego życia, np. rozwód, śmierć, wyprowadzka, spotyka jego – pana idealnego. Chociaż z początku się nie lubią, w miarę trudności, jakie bohaterka dzielnie pokonuje, coraz bardziej między nimi iskrzy. Gdy się w końcu pocałują, co zwykle zajmuje kilka stron, muszą stawić czoła największej trudności, jaką polska autorka jest w stanie wymyślić. Oczywiście i tak na naszych zakochańców czeka happy end, domek na wsi i wspólne wypasanie dzieci z sąsiadami. I po taką właśnie książkę Emma Bovary sięgnęła. Porównała idealnie idealne życie z powieści ze swoim – na niekorzyść swojego - więc zachciało jej się więcej chłamu. Przy kawusi i ciasteczkach za pieniądze nudnych mężów, opowiedziała koleżankom, jak to niesamowita powieść przeniosła ją w ramiona wymarzonego mężczyzny, w wymarzonym domu, w wymarzonym życiu. Koleżanki Emmy opowiedziały swoim koleżankom, i tak oto pojawił się popyt na tandetną literaturę. Kolejne pokolenie ambitnych polskich pisarzy zapragnęło osiągnąć taki sukces, jak ich poprzedniczka, i zaczęło pisać podobne powieści, pełne głębokich przemyśleń, cieszenia się z małych rzeczy, i nadziei, która umiera ostatnia. Dorzućmy do tego przekombinowany, przeładowany środkami artystycznymi lub wadliwy na wszystkie możliwe sposoby styl, i mamy przepis na chłam. 34.99 - czyli paczka papierosów, chipsy i 5 piw. Co wolicie?

A jeśli pierwsza była książka? Wyobraźmy sobie, że jesteśmy panem Kowalskim, szanowanym pisarzem i muzykiem/fizykiem/malarzem/kimkolwiek. Niestety, nasza ostatnia powieść nie sprzedaje się za dobrze, klepiemy biedę, aby więc uniknąć potępiających spojrzeń znajomych i rodziny, wyjeżdżamy na wieś w poszukiwaniu spokoju. I nagle, zupełnie przypadkiem, słyszymy rozmowę żony miejscowego lekarza i jej koleżanek o tym, jak to męczy je ta mądra literatura, którą mężowie im podtykają żeby się w domu nie nudziły, jak to mężowie je nudzą, że one to chciałyby miłosnych uniesień, wielkich pieniędzy i przynajmniej 3784530 sukien w szafie. W naszej kowalskiej głowie rodzi się szatański plan: napisać tandetną książkę o wielkim uczuciu, które pokona wszelkie trudności, w którym namiętność nigdy nie wygasa, a świat, pomimo rzucania kłód pod nogi co trzy linijki, jest prosty, kolorowy i przewidywalny. Uzbrajamy się w pióro i piszemy, wydawca wniebowzięty, Emma omdlewa z zachwytu nad naszą książką, my zarabiamy krocie, i decydujemy, że dalej będziemy takie historyjki wypisywać. Nasi koledzy z branży zaczynają brać z nas przykład, i mamy falę chłamu. 34.99 - czyli paczka papierosów, chipsy i 5 piw. Co wolicie?
Dziś natomiast kiepskiej literatury mamy w bród. Od 50 twarzy Greya, przez zmierzch, aż do poradników na tematy wszelakie. Autorzy – bo pisarzami ich nie nazwę – nagminnie mylą erotyki z pornosami, z lubością używają tego samego słowa 5 razy w jednym zdaniu, zaczynają opisywać zdarzenie w czasie teraźniejszym a kończą w przeszłym. Nie zwracają uwagi na takie pierdoły jak poprawność stylistyczna, jak nieścisłości i niedociągnięcia fabuły, jak nielogicznie skonstruowane postaci, i mnóstwo innych rzeczy. To nie są pisarze – pisarzami byli Nabokov, Hemingway, London. To są rzemieślnicy, w dodatku traktujący rzemiosło po macoszemu. Tworzenie książek skierowanych do mas nie wymaga wysiłku, wiedzy ani umiejętności, daje za to dużą szansę na szybki i łatwy zarobek oraz 15 minut sławy. W oceanie tandety pływa co prawda kropelka porządnej, sensownej literatury, odnaleźć ją jednak trudno, jeśli nie ma się jasno sprecyzowanych oczekiwań i kilkuset recenzji za sobą. Moim skromnym zdaniem, gdy zechcemy zdradzić na chwilkę klasyków i poszukać czegoś równie ambitnego, ale nieco młodszego – warto uzbroić się w cierpliwość. I pieniądze.
A może już odnaleźliście „swój typ” we współczesności? Pochwalcie się w komentarzach!

16 komentarzy:

  1. Dobrych autorów nie trudno znaleźć. Często bywa tak, że autor najpierw kiepskp pisze, potem przełom! Jednak my już jesteśmy do niego uprzedzeni..Książki kosztują...jak wszytsko inne. Zamiast piw, papierosów, czy też milion inncyh rzeczy, które są nam niepotrzebne, lepiej kupić książkę! W sumie znam taką osobę, która książki czyta i kocha, ale twierdzi, że kupowanie ich to bezsensu. Starta pieniędzy, a poza tym raz przeczytasz i już. Trochę mnie razi ten tok myślenia, ale każdy ma swoją opinię.
    Często jest tak, że mimo tego jak książka by nie była wspaniała, znajdą się osoby, którym się nir spodoba. Każdy ma inny gust.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ile ludzi tyle gustów, jednak gdy ktoś nie przestrzega zasad stylistyki, nic się w fabule kupy nie trzyma, a zarabia na tym spore sumki - przepraszam bardzo, dokąd świat zmierza? ;)

      Usuń
    2. Tekst lepiej wyglądałby, gdyby był wyjustowany. Przydałyby się też odstępy między akapitami.

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Dziękuję za rady :)

      Usuń
  2. W pełni rozumiem Twój sposób myślenia i można się z nim zgodzić, ale tak szczerze... Skoro czytelnik i autor odnoszą korzyści wypływające z wydania "tandetnej książki", po co doszukiwać się błędów? Owszem, współczesna literatura nie należy do skomplikowanej, ale co z tego? Najwidoczniej nie potrzebujemy jej dużo. Zmęczeni po pracy, szkole wolimy odpocząć, zamiast męczyć się nad tekstem, który może doprowadzić tylko do bólu głowy od często archaicznych słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesli kogos tandeta zadowala i nie czuje potrzeby siegniecia po cos ambitniejszego, nie bede go oceniac.

      Usuń
  3. O gustach się nie dyskutuje, więc dyskutować nie będę. Lubię książki rzemieślnicze - pod warunkiem, że znośnie "wyprodukowane". I nie wstydzę się czytania romansideł - jedni lubią kabarety, inni horrory, jeszcze inni operę, teatr i romansidła. Ja lubię wszystko prócz kabaretów - przynajmniej współczesnych, bo mylą niezmiennie prostotę z prostactwem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z kabaretami musze sie zgodzic :)

      Usuń
  4. złe książki biorą się ze szmatławej nijakości czytelników. brak wiedzy, wyczucia stylu, brak ambicji. podejrzewam, że wpływają na to dziesiątki czynników. wymieniłaś trzech klasyków i postać z Flauberta. pewnie dla wielu, nazwiska zupełnie nieznane a Twój wpis to ekscentryczna egzotyka;) ja tam wolę po ciężkim dniu przeczytać kilka słów głaszczących mi mózg i umysł, niż papkę dla mas... spokojnego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadal łudzę się, że ktoś o madame Bovary pamięta :)

      Usuń
    2. o, diabli... co ja napisałem?;) miało być: oczy i umysł. przepraszam za pomyłkę.
      pozdrawiam ciepło.

      Usuń
  5. Murakami! Niby współczesny a bardzo dobry. No i oczywiście mój ukochany Jerzy Pilch. Prawdziwy mistrz słowa.
    Ale z ogólną tezą artykułu zdecydowanie się zgadzam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Murakami i Pilch, jak i np Perez-Reverte, to wyjątki potwierdzające smutną regułę :)

      Usuń
  6. Jezyk polski ma to do siebie, ze slabo radzi sobie z powtorzeniami. W przeciwienstwie do wielu innych, gdzie powtorzenia nie raza. Zatem w przypadku powtorzen (z wylaczeniem polskich autorow) to raczej tlumacz i redaktor dali ciala.

    OdpowiedzUsuń
  7. Rynek weryfikuje takich "pisarzy", autorów zwykle jednej tylko książki. Niestety, rynek wydawniczy przechodzi gwałtowną zmianę, skróceniu uległ tzw. cykl życia produktu, a żeby się utrzymać, wciąż trzeba wydawać nowe książki. To zaś sprawia, że wydawnictwa przyjmują do druku książki, których publikacji kiedyś się nie podejmowały. Rozkwita również rynek self-publishingu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o self-publishingu też dorzucę swoje trzy grosze kiedyś :)

      Usuń

Nigdy nie zostawiłam odnośnika do swojego bloga pod cudzym postem, i od moich czytelników wymagam tego samego. Słupa ogłoszeniowego tutaj nie będzie, a komentarze z linkami usuwam.