piątek, 27 maja 2016

O niepochlebnych recenzjach i wstrętnych hejterach słów kilka


Czasami, gdy czytam blogowe recenzje – uściślę, że chodzi o recenzje książek – w mojej głowie rodzi się jedno pytanie: serio?
Ja rozumiem, że o gustach się nie dyskutuje, że gust rzecz święta, chroniona ustawowo przed atakami bezwzględnych, plujących jadem hejterów. Ja rozumiem, że dla niektórych ludzi nie liczy się poprawność językowa, spójna fabuła, że gotowi są piać z zachwytu nad każdą książką dającą nadzieję na lepsze jutro, dreszczyk emocji… stop, bo jeszcze wpadnę w ten przeintelektualizowany styl, którego nie znoszę u innych. Ja rozumiem, że nawet jeśli blogerowi wpadnie w ręce kiepska książka, to 49% nie będzie chciało czasu swego cennego marnować na pisanie recenzji, 49% książkę spali w ogniu piekielnym przed dobrnięciem do strony czternastej, a pozostałe 2%... no napisze, że słaba ta historyjka. Narażając się na lawinę oburzeń, wzburzeń, i innych burzeń fanów recenzowanego arcydzieła. Ale dobrzy ludzie… słuchajcie! A raczej czytajcie… 

Zgodnie z art. 54 Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” – i nie, nie oznacza to, że pisząc negatywną recenzję książki, zdobytej w drodze kupna lub pobrania, mam prawo do obrażania autora i każdego, kto rękę podniesie na moje święte poglądy. Art. 83 bowiem zobowiązuje obywateli naszego wspaniałego kraju do przestrzegania prawa Rzeczypospolitej Polskiej, czyli np. art. 31 – „każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych”. Cytuję Konstytucję RP, ponieważ jest ona aktem o najwyższej mocy prawnej, i wszystkie akty prawne niższego rzędu muszą być z nią zgodne. Czyli, mogę napisać niepochlebną recenzję książki, jednak nie mogę zawrzeć w tejże recenzji stwierdzenia, że autorka jest głupią pindą a jej fani półmózgami. A że wytknięcie błędów językowych, stylistycznych, logicznych, botanicznych i wszelakich, autorzy i fani traktują jak obrazę majestatu i sami zaczynają personalne wycieczki… to już inna sprawa. Pokuszę się więc o rozróżnienie hejtu od krytyki, personalnych wycieczek od krytyki wytworu czyichś spracowanych rąk, i kilku innych zapomnianych przez internet pojęć. Bo mi się nudzi.Nie podoba mi się książka „Pamiętnik lesbijki” Eryka Edwardssona, nie rozumiem zachwytów blogerek nad tą pozycją. Użyty przez autora język jest przeintelektualizowany, metafory i porównania są zbyt rozbudowane i często pozbawione sensu, główna bohaterka irytuje swoim poczuciem wyższości nad szarą masą, a ciągnące się w nieskończoność opisy deszczu i spojrzeń znacznie utrudniają czytanie.
Eryk Edwardsson to idiota, a zachwycające się jego książką blogerki to idiotki. Widzicie różnicę?
Pierwsza opinia – krytyka. Druga opinia – hejt. Pierwsza opinia – krytyka. Druga opinia – personalne wycieczki.
Bloger-buk (takie drzewo) dostał od wydawnictwa książkę. Chłam którym tylko w piecu palić można. Wył nad tą pisaniną aż wszystkie okoliczne psy przybiegły pod jego dom. Z ciężkimi objawami zatrucia literackiego trafił do internetu, lekarz Google dał delikwentowi receptę na zjechanie książki na blogu. Tak też uczynił – no może nie do końca zjechał, bo jednak nie wypada, no ale napisał kilka niepochlebnych zdań, książka -2/10. Opublikuj.
I się zaczęło.
 Najpierw przylecieli fani skrytykowanej książki. Ty idioto ty, kanalio, bolszewiku jeden! Nie rozumiesz tej głębi (od kiedy głębia jest czymś, co można rozumieć?)! Nie rozumiesz przesłania! Czepiasz się! Własnego życia nie masz to niszczysz życie innych! Najpierw osiągnij tyle co ten biedny autor, a potem go krytykuj! Bloger zaskoczony, bo przecież napisał tylko, że język niedopracowany, że fabuła trochę niespójna, że gdzieś tam kilka sprzeczności logicznych wyłapał… Zastanawia się, czy wpisu nie usunąć. W wyniku małego śledztwa dowiaduje się, że najzagorzalszy z komentatorów to prawdopodobnie sam autor pod pseudonimem. No niby za rękę go nie złapał, ale jak ta Pani Pod Zwyczajnym Nazwiskiem komentuje tylko twórczość jednego autora, tylko ona z całego internetu ją interesuje, a profil powstał tydzień wcześniej… Jeśli spirala nienawiści nie zmusi blogera do usunięcia niepochlebnej recenzji, może się nawet doczekać gróźb pozwem sądowym. Nie śmiejcie się. Były takie przypadki. Kilka bo kilka, ale były.
Rozwiązanie jest proste: sklasyfikujmy wszystkie negatywne opinie jako hejty, a następnie zakażmy hejtu ustawowo. Proponowane sankcje to: ban, ban, ban, 312 zł grzywny, 6 lat więzienia w zawieszeniu na 7, ban, prace społeczne, ban. W ten sposób internet stanie się miłym i przyjaznym miejscem, a Polska miłym i przyjaznym krajem. Kto chętny?

12 komentarzy:

  1. Ach, z tego postu aż kipi nienawiść, którą można spotkać u niektórych recenzentów i nierzadko u mnie podczas pisania recenzji. Jednak mimo wszystko, chociaż Ty napisałaś, że większość w przypadku przeczytaniu złej książki zmusza się do napisania o niej opinii, ja tak nie mam. Wręcz z wielką przyjemnością przychodzi mi psioczenie na dany tytuł :) Ale o ile na książkę mogę powiedzieć wszystko - to nigdy nie przyszło mi oceniać czytelników czy też fanów danej książki. Owszem, na podstawie tego co kto czyta można stworzyć sobie luźny obraz tego, jakim jest człowiekiem. Ale mimo wszystko nikogo nigdy nie obraziłam z tego powodu, że spodobała mu się jakaś książka...
    Wspomniałaś jeszcze o tym, co czasami dzieje się w drugą stronę... Dla mnie autor, który nie potrafi przyjąć do siebie krytyki - tak samo fani - to żaden autor. Zwłaszcza taki, który publikuje obraźliwe słowa w stosunku do recenzenta, który swoje zdanie i gust przecież ma. Poza tym to dla mnie dziwne samo w sobie. Mam kilku ulubionych autorów, ale nie każda jego/jej książka mi się podoba. Chyba nie znam pisarza, który tworzyłby same arcydzieła.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Recenzja w końcu do książki się odnosi, a nie do prywatnego życia i charakteru jej autora ;)

      Usuń
  2. Powiem tak - ja faktycznie staram się wybierać raczej książki, które lubię, dlatego raczej nie ma u mnie recenzji słabych książek. W tym roku naciełam się raz - Dziewczyna z pociągu jest bardzo u mnie krytykowana. Wydawnictwu od "Pamiętnika lesbijki" grzecznie podziękowałam - czułam coś, że to będzie gniot. Teraz czytam książkę przysłaną nie przez wydawnictwo (Ci się złymi recenzjami za bardzo nie przejmują) lecz przez autora (czyli wrazliwcy gotowi się obrazić albo coś). Jest słabo, nawet bardzo. O temu panu napiszę, że będzie albo źle albo wcale niech wybiera. A swoją drogą czytałam na blogach wiele peanow na temat tej pożal się Boże pozycji, pewnie blogerzy zrobili to ze strachu - dostali książkę to muszą ładnie napisać recenzję. Skreslilam ich od razu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Czarna samica kruka" Dariusza Pawłowskiego. Odradzam.

      Usuń
  3. Dawno temu rozmowa z moim Bratem na temat pewnej wokalistki.
    "Słuchaj, przecież ona nie dość, że fałszuje to jeszcze głos ma jak kaczka z katarem"
    "Sama jesteś głupia" :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Kimkolwiek jesteś niezły z Ciebie egzemplarz :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Naszczęście jeszcze ani razu przez rok mojego pobytu na blogosferze, nie spotkałam się z blogerami, którzy piszą w swoich recenzjach, że autor to idiota. Nawet nie wiem jak tak można napisać. Myślę, że taka osoba powinna najpierw wiedzieć, że każdemu podoba się co innego i powinna umieć wyrażać swoją opinię we właściwy sposób. Dopiero potem może pomyśleć nad pisaniem recenzji. Niestety, większość osób za szybko dorwało się do blogosfery. Bardzo mądry post, dający do myślenia ;)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Nigdy nie spotkałam się (i całe szczęście) z sytuacją w całej mojej karierze blogowej (jeśli mogę to tak nazwać) z hejtem na fanów książki, a już tym bardziej na obrażaniu samego autora. Nie muszę wspominać chyba, jaka to głupota, prawda?
    Niestety ja padłam ofiarą takiej zgryźliwości. Otóż kiedyś napisał do mnie autor pewnej książki, który zapytał mnie czy chciałabym zrecenzować jego książkę - oczywiście zgodziłam się.
    W swoich recenzjach zawsze piszę co mi się w książce podobało, a co nie. Nawet w takich, które wręcz uwielbiam bo wychodzę z założenia, że każda z nich ma swoje wady i zalety. Ta książka nie była zatem wyjątkiem, choć przyznam, że wypadła w moich oczach średnio.
    Po napisaniu świeżutkiej recenzji, podesłałam link autorowi. I co?
    Kilka minut później dostałam pierwszy komentarz od anonima, który napisał, że moja recenzja jest beznadziejna. Najlepsze w tym wszystkim było to, że to był jedyny taki wredny komentarz. Autor nigdy więcej się do mnie nie odezwał. Przypadek? No nie rozczulałam się nad czymś, co na to nie zasługiwało. Przykre, że są ludzie, którzy nie potrafią wziąć na klatę konstruktywnej krytyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podrzuć link do tej recenzji ;)

      Usuń

Nigdy nie zostawiłam odnośnika do swojego bloga pod cudzym postem, i od moich czytelników wymagam tego samego. Słupa ogłoszeniowego tutaj nie będzie, a komentarze z linkami usuwam.